Strona główna

5 lutego AD 2010 (data kłamliwa, faktycznie napisane i wstawione w początkach marca J)

Co nagle to po diable — ta dewiza przyświeca wielu wpisom na tej stronie. W początkach lutego, dokładnie to piątego lutego, nasza córka Milena Ekstrema Sośnierz skończyła lat 8 (słownie: osiem, w zapisie krzyżykowym: ++++++++). Ponieważ jest już późny luty, w zasadzie tak późny luty, że możemy go już nazywać marcem, więc pora zająć się to sprawą i napisać jakieś podniosłe podsumowanie z okazji tamtej okrągłej rocznicy.¹

Z tej okazji kilka informacyj o charakterze biograficznym.

Milena urodziła się 5 lutego AD 2002. Tak to oczywiste w świetle powyższego wstępu, ale wpis, który chociaż usiłuje wyglądać na biogram, nie może tego faktu tak po prostu omijać. Ścieżkę edukacyjną rozpoczęła dość wczesnym pójściem do przedszkola w wieku lat dwóch i połowy. Po tym jak każdy z dwóch przewidzianych tam poziomów nauczania zaliczyła dwukrotnie (2 lata bujała się w maluchach i 2 kolejne w starszakach), uznała że na tej uczelni osiągnęła już wszystko — i to nawet podwójne wszystko — więc postanowiła z własnej nieprzymuszonej woli (sic !) również do szkoły pójść rok wcześniej. Tak więc doszło do tego, że obecnie uczy się już w klasie IIa. Jest to klasa integracyjna, co w praktyce oznacza, że wprawdzie nie ma tam żadnych inwalidów do integrowania, ale za to zawiera tylko połowę zwykłej dawki uczniów i podwójną dawkę nauczycieli. Otrzymujemy w ten sposób proporcję nauczających do nauczanych 2:13=0.1538, a więc prawie pięciokrotnie wyższą niż tę, którą, mimo podeszłego wieku, wciąż jeszcze pamiętamy z naszych własnych doświadczeń w tej dziedzinie (1:30=0.0333). W świetle tego należy docenić fakt, że Milenie udaje się nie być wcale największym tłumokiem w klasie — na 13-osobowej liście ostatnie miejsce znajduje się dużo bliżej początku niż na 30-osobowej. Ku strapieniu swego ojca wyrodne dziecię nie przestaje nawet snuć marzeń o odznace wzorowego ucznia, nadal nie przynosi uwag innych niż okazjonalny brak zadania i ogólnie przejawia pewne cechy uczniaka-lizusiaka. A wszystko przez te przeklęte koniczynki — w domu nikt jej niczego nie rysuje w zeszycie za dobre zachowanie i jakoś nie jest tutaj uważana za grzeczną i nieśmiałą. A w szkole — jak na złość — grzeczna i nieśmiała...

Jakieś dwa lata temu rozwiała również moje złudzenia co do tego, że odpowiednio prowadzone dziewczynki wcale nie muszą interesować się różowymi kucykami i uważać różową Barbie-Księżniczkę za ideał osobowy. Obecnie skłaniam się raczej ku tezie, że siakiś przyciężki żart ewolucji utrwalił ten schemat tak głęboko w zakamarkach naszego genomu, że kiedy wybije jego godzina, nie można żadnymi racjonalnymi wysiłkami uchronić dziecka płci żeńskiej od realizacji Wielkiego Różowego Planu. Kiedyś Mila oglądała Wiedźmina, filmy o wampirach, o ewolucji człowieka, a teraz potrafi w kółko międlić bajki o tym, że Barbie się garbi. Bueeee...

Z lekką dawką frustracji obserwujemy też efekty zjawiska zwanego dziecięcą amnezją. Faktycznie potwierdzają się opowieści starego dziada Helmuta, że oto przychodzi taka chwila, że wspomnienia przechowywane przez całe lata wyraźnie i bez zniekształceń, zaczynają się bez ważnego powodu zacierać. Sprawa jest ciekawa, bo nie ma to chyba wiele wspólnego z odległością czasową. Nawet stosunkowo świeże sprawy, takie sprzed 2 lat i nawet młodsze, są teraz wspominane z pewnym wysiłkiem albo wcale — a przysiągłbym, że dawniej taki horyzont czasowy nie był problemem. Nadaremne okazało na przykład wspólne czytanie całej sagi o Thorgalu — choć kiedyś pamiętała ją ze szczegółami, teraz nawet najbardziej ekscytujące odcinki ogląda, jakby widziała je po raz pierwszy. Kojarzy tylko zarysy kilku epizodów, głównie ostatni i z jakiegoś powodu Alinoe. Ot, kolejny przejaw wkurzającego poczucia humoru naszego DNA.

Mimo młodego wieku, Milena może za to niejednego hipochondrycznego emeryta zawstydzić liczbą swoich pobytów w szpitalu. Ja w sumie przez całe życie zaległem raz (wierni czytelnicy pamiętają). A ta smarkula miała już wycinane migdałki (to też pamiętają), dwa zabiegi sprzątania w uszach (i to...), zabieg podcięcia wędzidełka (tego mogą nie...) oraz leżała w szpitalu z przywiezionym z Irlandii wirusem (o tym też tutaj nie było).

Inne ważne informacje w punktach:
• ulubiony kolorróżowy
• ulubione ubraniaróżowe falbaniaste sukienki
• ulubiony smak lodów — obojętne, byle różowe 
J
• ulubiony zespółJonas Brothers (i Hannah Montana — ale to nie zespół...)
• ulubiona postać London Tipton z serialu „Nie ma to jak hotel”; kiedyś to była Kriss de Valnor, ale cóż, dziecko dorasta, poważnieje...
• ulubiony miś — Genevive (=Dżenewiw, nie mam pewności, jak powinienem to zapisać)
• ulubiona koleżanka — Julia Grędzińska
(foto z prawej — księżniczki przy karmniku)
• ulubiony film — „taki horror, co widziałam u Duli”
• ulubiona książka — Seria Niefortunnych Zdarzeń²
• ulubione żarcie — pizza i czekolada matczynej produkcji
• ulubiony klub piłkarski — a co to znaczy „piłkarski” ? J
• ulubiony tata — ja !
• ulubione słowo — jeśke (jeszcze)³; tak, to złośliwość redaktora...

• ulubione słowo według niej samej — Eeeeeej !4
plany na przyszłość — chce mieć 6 dzieci5
odwiedzone kraje — POL, GBR, IRL, CZE, SWE, FIN, EST, LAT, LIT, SVK, UKR (11)

Wolny czas księżniczka Milena spędza głównie na graniu w dziewczyńskie gry (obok zrzut zaprojektowanego ręką Mistrzyni pokoju świątecznego — kliknij, jeśli jesteś pewien, że chcesz to zobaczyć z bliska), oglądaniu kanału nr 26 (Disney XD, dawniej Jetix) i kłótniach z siostrą. Znane są jednak epizody czytania z tatą komiksów albo samodzielnej lektury Biblii dla najmłodszych. Przejawia też młode Dziczę specyficzne, wyraźnie po kimś odziedziczone zacięcie twórcze, przejawiające się w produkowaniu własnych gazetek, gier, książeczek, piosenek i innych dziwnych rzeczy, które pozwalają dotkliwie nękać otoczenie i zniechęcać naszych znajomych do odwiedzania nas w domu. Jestem pewien, że przyjdzie czas, ba — że zbliża się dużymi krokami — kiedy ta twórczość będzie znajdywać ujście również na tej stronie. A potem jeszcze dalej. Może kiedyś sławniejsza niż Hannah Montana będzie Milena Antena czy coś w tym guście.6 J

Jest jeszcze jedna mało znana twarz Mileny — o której wspominam na wyraźne życzenie solenizantki — Nieustraszony Zdobywca, nowa tożsamość narodzona ledwie we wrześniu, podczas dokonywania bohaterskich czynów w rodzaju pozowania do zdjęć na pniu drzewa (obok właśnie uchwycony moment przeobrażenia zwykłej Mileny w NZ — Dolina Kościeliska, wrzesień 2009). Swoich nieustraszonych czynów Zdobywca zwykł dokonywać przede wszystkim w formie oświadczeń, deklaracyj, zapewnień i konfabulacyj — jego domeną jest sfera werbalna, świat eposów i intensywnej autopromocji. W rzadkich i niezręcznych chwilach konfrontacji z rzeczywistością, NZ jest wprawdzie zmuszony stale poszerzać listę tych nielicznych rzeczy, których się akurat boi — jednak nie pozwala, aby takie drobiazgi go zniechęcały. Ba, wydaje się, że nawet potęgują jego determinację w ogłaszaniu swojej niezłomnej odwagi. W tej chwili lista liczy oficjalnie jakieś 8 pozycyj — ludzie małostkowo złośliwi mogliby dorzucić drugie tyle. Zważywszy, że Zdobywca ujawnia się z rzadka i jedynie w chwilach szczególnego zapotrzebowania na bohaterstwo, średnio na jedno takie ujawnienie przypada jakieś półtora wykrytego lęku. NZ w swojej roztropności zdecydował się lękać między innymi ciemności, zastrzyków, pająków i siedzenia na barana — „nieustraszony” nie znaczy przecież „szalony”. Jest to więc bohater odpowiedzialny — Zdobywca Nieustraszony W Granicach Rozsądku.

A z planów na przyszłość nieco bliższych niż ten o szóstce bajtli — w maju nasza córka idzie do Pierwszej Komunii Św. Więc Wy też bądźcie odpowiedzialni i nie wydawajcie pieniędzy na byle co, żeby wam starczyło na prezent. Ładny różowy laptok to nie jest tania sprawa.


¹
Tak, są miejsca, gdzie ósemkę uważa się za okrągłą liczbę — np. w Świecie Dysku Terry'ego Pratchetta, wśród czteropalczastych murzyńskich plemion znad Zambezi oraz na planecie ośmiornic, której istnienie nie jest całkiem pewne, ale też nie można go zupełnie wykluczyć. Gdyby psy tworzyły matematykę, też wybrały system ósemkowy, bo raczej nie chciałoby im się za każdym razem, kiedy trzeba coś policzyć, szukać tego małego koślawego kikuta po drugiej stronie łapy. A w zapisie dwójkowym 8 to 1000. Tylko w sumie co z tego ?  [i z powrotem...]

² Nie, to nie to, co niektórzy sobie pomyśleli. To Dula jej czyta.  [i z powrotem...]

³ Tak naprawdę Milenia fonologia wykracza poza możliwości polskiej ortografii i zapis „jeśke” jest jedynie przybliżoną transkrypcją tego, w jaki sposób Starszy Dziczek wymawia słowo „jeszcze”. Gdybyśmy chcieli być precyzyjni — a tak się składa, że właśnie chcemy — musielibyśmy sięgnąć po alfabet IPA. Zamiast głoski SZ w Mileniej wymowie pojawia się coś na kształt miękkiego H, wymawianego z mniejszą lub większą ochotą na podnoszenie również przedniej części języka. Z kolei zamiast CZ pojawia się głoska podobna do miękkiego K (w czym słusznie można upatrywać pewnej konsekwencji), z dodatkową porcją szumów, czasem także wzbogaconych kropelką śliny lub dwiema. W zapisie IPA to by więc chyba było jɛçcɛ, co dla Norwega albo Greka może zabrzmiałoby swojsko, ale u nas niestety uchodzi za seplenienie.  [i z powrotem...]

4 W znaczeniu protestująco-zbulwersowanym, takie „no weź, przestań”, „jak możesz”. To raczej zew oburzenia aniżeli słowo. Zwykle odrobinę wcześniej pojawiają się prowokująco-denerwujące wypowiedzi Taty Dzika, np. sugerujące że Mama Dzikowa nie jest najszczuplejszą osobą w tej części świata albo takie w których słowo „żółte” pojawi się zbyt blisko słowa „zęby”. Jest teoria, że te zjawiska są jakoś powiązane.  [i z powrotem...]

5 Co nie znaczy, jak mogliby niektórzy zbyt szybko sobie pomyśleć, że lubi opiekować się swoją młodszą siostrą, albo że ma cierpliwość i zrozumienie dla jakiegokolwiek dziecka młodszego niż ona sama. Po prostu bycie fanką Duli zobowiązuje. Np. do przejmowania żywcem tego typu pomysłów na życie. Sugerowanie jednak Mili, że być może ten plan jest nieco wtórny — by nie używać słowa „zgapa” — zostanie odebrane jako przejaw złego smaku. Jeśli oskarżenie zostanie sformułowane w odpowiednio złośliwy sposób, mamy nawet szansę usłyszeć „Eeeeeej !”.  [i z powrotem...]

6 Choć na razie to raczej Milena Poranek Kojota. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi.  [i z powrotem...]

P.S. Są ludzie którzy nie uważają dużej ilości przypisów za rzecz pożądaną w krótkim artykule. Ta strona nie jest dla nich.

11 stycznia AD 2010

Ale daremny był ich trud, ulotek sprzęg, tłumaczeń usił,
Oddali siły swe na strwon, bo się z fotela nikt nie ruszył.
Dzikosław Leśmian
*

Wymęczone zwycięstwo jednym głosem to bilans pełnego zaangażowania całego tygodnia w akcję promowania nieformalnej koalicji antyspowalniaczowej. Przy wielkim wysiłku, 1400 rozdanych ulotkach, objechaniu z dobrą nowiną kilkudziesięciu znajomych, zdołaliśmy awansować we dwóch — ja z 13 głosami, Kielesz z 12. Czterem kolejnym osobom zabrakło jednego lub dwóch głosów.Jeśli koniecznie chcecie wiedzieć, wyniki naszej drużyny są następujące (ostrzegam, że następny akapit zawiera sceny drastyczne, pełne okrucieństwa i skłaniające do przemocy i osoby wrażliwe nie powinny go oglądać, nawet przez popalcowane okulary).

Dobromir Sośnierz 13
Jacek Kielesz 12
——————————
Michał Pilch 11
Paweł Sławski 11
Kamil Smykowski 10
Aleksandra Sośnierz 10
Maciej Ciechelski 8
Mariusz Gocyła 2 (!? ten to, kurna, zaszalał...)

Przynajmniej tyle pocieszenia, że można powiedzieć, że awansowali ci, co najbardziej zasłużyli... Ale generalnie ten sam efekt można było osiągnąć bez tego całego zaangażowania, bez wielkiej akcji montowania frontu drogowego, bez ulotek, bez marznięcia w gęstym śniegu w piątek wieczorem... Gdybyśmy wystartowali we dwóch i poprosili znajomych i rodzinę, efekt byłby ostatecznie taki sam, a arytmetycznie pewnie nawet lepszy.

Fakt, że skądinąd takie wybory w środku stycznia to jednak trochę farsa. Zainteresowanie nimi jest tak małe,  że trochę śniegu wystarczy, żeby do urn pomaszerowali tylko najwierniejsi z wiernych krewnych i znajomych. W tej sytuacji to się zmienia w plebiscyt towarzyskiej popularności. Ja sam dostałem jakieś 20% tego, na co mogłem liczyć z samych tylko deklaracyj znajomych i sąsiadów. 80% — co stwierdzam z nieskrywanym rozżaleniem — olała sprawę ciepłą strużką, a może nawet więcej, boć i przecież nie wiem, czy te głosy, które mam, to nie są jacyś obcy ludzie. Wielkie dzięki, że raz na parę lat nie można na Was liczyć. Cóż, niektórzy mają najwyraźniej lepszych znajomych. Padł nawet wynik trzycyfrowy...

 Ale wiecie — jakby nie patrzeć, przede wszystkim krzywdę robicie sobie, bo ja nic specjalnego z tego rajcowania nie mam. Mogę się co najwyżej nażreć paluszków na zebraniach. A tak generalnie to tylko dodatkowe zmartwienie dla mnie. Ale skoro nie chce się nikomu ruszyć odwłoka, żeby zagłosować — i to w sytuacji kiedy pojedyncze głosy naprawdę decydują — to zasługujecie na taką radę dzielnicy jaką macie: na bandę pięknoduchów, sabotujących ruch drogowy w okolicy, rojących mrzonki o wielkich kąpieliskach, a stawiających zakazy, gdzie się tylko uda. Nie warto się dla Was starać, tłumaczyć, jeździć z ulotkami, chodzić na zebrania.  Zasługujecie na to bagno w którym żyjemy, na ten durny, chory kraj. Więc bez łaski. Nie to nie. Tu l'as voulu. Pocałujta w pupę wójta. I tak dalej.

W każdym razie wielkie dżen tym trzynastu, którzy odeszli na chwilę od oglądania Owsiaka. I tym 64, którzy głosowali na pozostałych członków krucjaty przeciw spowalniaczom — jeśli też to czytają.

P.S.1. 13 głosów to 1,67%. Żenua.

P.S.2. Ponieważ w wielu komisjach przy naszych nazwiskach padły wyniki, że tak powiem, zerocyfrowe, to sporo wiem na temat tego, kto nie zagłosował. Będę o tym pamiętał, zdrajcy... :p Ja i historia. Z tym że ja dłużej.
 

* Oryginalne brzmienie frazy dociekliwi znajdą u Leśmiana, ale Bolesłaława, w wierszu „Dziewczyna”.  [i z powrotem...]

9 stycznia AD 2010

Pewnie niektórzy jeszcze pamiętają notatkę z listopada roku 2005 o tym, że kandyduję na radnego dzielnicy Ligota-Panewniki. Oraz kolejną o tym, że tym radnym zostałem.* No więc właśnie donoszę o tym, że ta kadencja już się skończyła. A teraz ubiegam się o wybór na następną: 2010-2014. Choć mam świadomość, że wykorzystam ją tylko w połowie, bo w obliczu wiadomego końca świata w roku 2012, niestety nie uda się jej dokończyć...

Jak wiadomo, politycy przypominają sobie o obietnicach tylko przed wyborami, a wyborcom to zupełnie wystarcza. Dlatego i ja postanowiłem się zachować profesjonalnie i wywiążę się w wigilię swojej reelekcji z czasem udzielanych zapewnień, że będę relacjonował swoją działalność w radzie dzielnicy. J

No więc było to tak.

Na samym wstępie zarysujmy układ sił, który wyglądał mniej więcej następująco: byłem tam sam jak palec, reszta to siły ciemności. Jakoś tak jest, że do tego rodzaju rad garną się głównie ludzie dość specyficznego pokroju. Bo niestety ci, którzy po prostu wierzą w wolność, nie chcą się wtrącać w życie innych i w zamian oczekują, że inni także nie będą im mówić, co mają robić — tacy zostają w domu i zajmują się swoimi sprawami. O wyborach do rad dzielnicowych często nawet nie wiedzą. Ale są jeszcze na świecie tacy, którzy nie mają dość własnych zmartwień i chcą układać życie innym. Uważają, że wiedzą co dobre, nie tylko dla nich, ale też dla ludzi, których nigdy nie widzieli. Nie zastanawiają się, czy inni chcą, żeby regulowali im życie — oni to po prostu wiedzą (patrz gawęda z 30 I AD 2006).

Chwalić Pana, kompetencje Rady Jednostki Pomocniczej w Katowicach są diablo małe, więc nie może uszczęśliwiać obywateli tak, jak by tego chciała. Dlatego jeszcze żyjemy. Jednak obserwowanie od kuchni tego samoistnie się wykształcającego pędu do rozrostu władzy było bardzo pouczającym doświadczeniem. Teoria Hoppego, pięknie wyjaśniająca mechanizm demokracji jako wyścigu po cudze dobra, powinna zostać uzupełniona o zjawisko bezinteresownego szkodnictwa. Bo ludzie w radzie dzielnicy nie odnoszą żadnych materialnych korzyści ze swojego głosowania, jakie by ono nie było, nie dysponują żadnymi pieniędzmi ani żadną realną władzą (jest to organ jedynie opiniodawczy) — mimo to, tam gdzie mają jakikolwiek wpływ na decyzje, w 9 przypadkach na 10 poprą rozwiązanie bardziej opresyjne. Znaczy takie, które będzie zawierało możliwie największą dawkę ingerencji w życie innych osób. Tak zresztą właśnie rozumieją swoją misję. Tacy ludzie zawsze jeśli mają do wyboru użyć władzy albo wziąć na wstrzymanie, wybiorą wtykanie gdzieś paluchów dla budowania lepszego w swoim mniemaniu świata. Myśl o powstrzymywaniu się od ingerencji jest dla nich gorsząca i oznacza niedopuszczalne lenistwo, zaniedbanie i powód do wstydu dla prawdziwego społecznika. Rada koniecznie musi coś robić, tak jakby na każdym kroku potrzebowała uzasadniać swoją niezbędność. Brak działania oznaczałby dla nich dopuszczenie myśli, że poddani mogli by się bez niej obyć, przynajmniej w pewnych dziedzinach. A nie jest dobrze, jeśli poddani tak myślą. Zgodnie więc z tą logiką im więcej razy władza okazuje się potrzebna, tym lepiej — inaczej niż w słynnym zdaniu Tocquevilla, że zadaniem rządu jest nauczyć obywateli obchodzić się bez niego. Używanie władzy nie jest dla nich złem koniecznym, użyciem przymusu i naruszeniem wolności, które musi być porządnie usprawiedliwione. Dla nich to jak jedzenie i picie — zwykła fizjologia władzy. Można więc sięgać po przymus, bez jakiejś specjalnej krępacji — nawet dla zabawy — ot, żeby zbudować sobie basen albo zjeżdżalnię...

Oczywiście różne osoby przejawiały taką skłonność w różnym stopniu, były i takie które raczej płynęły z prądem niż aktywnie wiosłowały. Ale główny nurt wytwarzali właśnie ludzie o takiej oto mentalności opiekuńczo-regulacyjnej.

W tej sytuacji jeden urwany z choinki malkontent, mówiący o domniemaniu wolności, o tym, że mądrość władzy nie polega na tym, aby oduczać poddanych samodzielności, tylko na tym, żeby powstrzymać się od działania, o ile nie jest ono naprawdę niezbędne, że władza nie powinna zaspokajać zachcianek jednych obywateli kosztem innych, nawet jeśli uważa je za najszczytniejsze, że moralnie usprawiedliwione są tylko te działania, które (przynajmniej potencjalnie) służą wszystkim w podobnym stopniu — no więc ktoś kto mówił takie rzeczy, musiał narazić się na opinię ... no właśnie urwanego z choinki malkontenta. Moje ciągłe sprzeciwy wobec kolejnych pomysłów na wybudowanie superaśnego czegośtam (nowych boisk, hal widowiskowych, amfiteatrów, basenów, fontann etc. — pomysłów których wspólną cechą było to, że 1. nie są niezbędne, 2. służą niektórym na koszt wszystkich, 3. mogą równie dobrze powstać z prywatnej inicjatywy, jeśli jest na nie zapotrzebowanie) nie spotkały się ze zrozumieniem, nie wywołały fali pogłębionej refleksji, ani nie powstrzymały nikogo od podniesienia ręki w głosowaniu — raczej uznawane były za złośliwe czepianie się. Gdybym jeszcze zamiast stadionu proponował np. skocznię narciarską, to pewnie dałoby się to jakoś pojąć jako walka jednego pomysłu uszczęśliwiania ludzi z innym. Ale krytykowanie i nieproponowanie w zamian nic poza nudną naprawą drogi do Chorzowa** jest z punktu widzenia aktywisty-społecznika-dobrego-Antka-z-cudzej-torby postawą w niepojęty sposób niekostruktywną.

Zresztą w ostateczności zawsze można było podnieść argument, że przecież te pieniądze na sport i tak będą podatnikom zabrane, tylko skorzysta na nich ktoś inny, jeśli my nie będziemy się ich domagać. Problem w tym, że nikt nie umiał wykazać, czy faktycznie i w jakiej ilości pieniądze MUSZĄ być przeznaczane na sport. Prawdopodobnie nie muszą. Ot co.

Radni naszej dzielnicy w ogóle nie rozumowali w taki sposób. Głosowanie nad propozycjami do budżetu to dla nich po prostu koncert życzeń i w ramach wymiany przysług wszyscy wspierali wzajemnie swoje propozycje, bez wielkiego rozczulania się nad ich realnością i bez wyraźnej świadomości, że kołdra jest po prostu za krótka i szarpanie jej z jednej strony, skutkuje marznącą kończyną po drugiej.

Moim zdaniem przy ograniczonych środkach priorytetem jest to, co służy wszystkim i czego nie da się zaspokoić prywatną inicjatywą — czyli komunikacja. Nie ma co rozpraszać swojego i tak dość słabego głosu doradczego na lobbowanie za basenami czy nowymi halami dla Domu Kultury. Jeśli miasto nie będzie przeszkadzać prywatnym inwestorom (przez wysokie podatki i chaos decyzyjny, a także przez brak odpowiedniej infrastruktury drogowej), to takie rzeczy na pewno prędzej czy później powstaną, jeśli faktycznie będzie na nie odpowiednio duże zapotrzebowanie. A nowych dróg bezpośrednio lub pośrednio potrzebują wszyscy i same się nie zbudują, z paru powodów. Nie ma powodu, żeby wszyscy mieszkańcy z podatków finansowali biznes dla kilku wybrańców z nadania Uszoka, którzy będą na nim kręcili lody — podczas kiedy zwykły podatnik nawet na taki basen nie wejdzie za darmo.

Tak czy inaczej wiadomo że miasto stara się wydawać na poszczególne dzielnice podobną pulę środków. Na pewno nie uda się wyszarpać więcej wydłużając listę pobożnych życzeń. Można natomiast swoją część wykorzystać na rzeczy najpotrzebniejsze, zamiast na bajery*** 

Inną osią wiecznego starcia z siłami ciemności była kwestia spowalniaczy, czyli mówiąc urzędowo progów zwalniających. O ile wśród zwykłych ludzi zdania w ich sprawie są podzielone, o tyle wśród społeczników z rady dzielnicy panuje w zasadzie konsensus, że spowalniacze to samo dobro i właściwie nigdy nie zawadzi położyć jeszcze jeden. Jedyne co hamowało radosną twórczość w tej dziedzinie to świadomość odmowy miasta, jeśli próg miałby leżeć na ulicy, po której kursuje komunikacja miejska. Bo jak wiadomo, tylko miejskie autobusy są na tyle drogocenne, żeby chronić je przed skutkami jeżdżenia po wertepach. Zawieszenia prywatnych samochodów są właśnie po to, żeby auta mogły rączo skakać przez asfaltowe płotki. Za każdym razem, kiedy ktoś trzeźwiej myślący uświadamiał zebranym, że spowalniacz w danym miejscu nie przejdzie, rezygnowano z postulatu z ciężkim sercem. Tak jak wtedy, kiedy padł pomysł, żeby takie progi położyć na ulicy Medyków (sic !)... J

Dyskusje o spowalniaczach dostarczały tyle radości, że zacząłem nawet pisać większy tekst, omawiający systematycznie wszystkie argumenty. Istnieje drobna szansa, że kiedyś go ukończę. Może przed następnymi wyborami. J

Jakkolwiek dyskusje typu „sam przeciw wszystkim” mają swój niepowtarzalny urok, to jednak po kilku latach znudziły mi się na tyle, że postanowiłem tym razem zrobić to trochę inaczej. Udało mi się namówić jeszcze 7 osób (3 za pośrednictwem UPR), żeby pójść do tych wyborów drużynowo i powalczyć już nie tylko o łaskawe wysłuchanie protestów, tylko o wyniki głosowań. Jeśli wejdziemy tam całą ósemką, to przy tradycyjnie niskiej frekwencji na posiedzeniach, zwłaszcza w komisjach tematycznych, będziemy w stanie po prostu pokonać Złych Ludzi, zamiast się tylko z nimi droczyć. :) Jeśli miałbym się tam znowu użerać 4 lata w pojedynkę, to już dziękuję, zostanę w domu. Dlatego proszę o poparcie nie tylko mnie, ale też pozostałych 7 osób, tak pięknie wymienionych poniżej:

  6. Maciej Ciechelski
  7. Mariusz Gocyła
13. Jacek Kielesz
31. Michał Pilch
35. Paweł Sławski
36. Kamil Smykowski
37. Aleksandra Sośnierz
38. Dobromir Sośnierz

Dzięki temu sprawozdanie za kolejne 4 lata będzie może nieco bogatsze w konkretne osiągnięcia, a mniej w wymądrzanie na temat w ogóle.

A tutaj do obejrzenia ulotka, jaką na tę okazję wysmarowaliśmy. Szczęściarze, którzy dostali ją w wersji papierowej, mogą po wszystkim zrobić z niej kapelusik.
 

* Było też kilka dalszych wpisów na temat pierwszych posiedzeń (25 i 30 stycznia oraz wzmianka z 15 III AD 2006) — ale takie skrupulatne wyliczanki zakłóciłyby mi koncepcję narracyjną. [i z powrotem...]

** Chodzi o słynne „Safari” na przedłużeniu Wybickiego, drogę tak dziurawą, że w niektórych dziurach można kogoś pochować od razu — jednak mimo kilku moich zgłoszeń nigdy to nie trafiło do ostatecznej uchwały, zawsze było spychane na potem... [i z powrotem...]

*** Ku radości większości dzielnicowych radnych, aczkolwiek tym razem bez pytania ich o zdanie, ma np. powstać w Ligocie Plac Miast Partnerskich**** z marmurowymi fontannami i klombami — wszystko super, ale wiadomo, że na pewno będzie to powodem odmowy dla kilku innych, bardziej potrzebnych inwestycyj, bo przecież nie można przeinwestować Ligoty na tle pozostałych dzielnic.

**** Chodzi o to, że jak do tej pory nikt nie wiedział, do czego służy instytucja miast partnerskich, poza niedocenianą kwestią służbowej turystyki urzędników — teraz przynajmniej będziemy wiedzieli, że chodzi o budowanie placów... [i z powrotem...]

 

21 października AD 2007

CIIIISZZZZZA WYYYYYBOOORCZCZCZAAA !!!!!!!!!!
GŁOSUJCIE NA UNIĘ POLITYKI REALNEJ !
(do sejmu niestety na listach LPR, lista nr 3;
do senatu tylko jako UPR
ale nie wszędzie są nasi kandydaci).

Prawdziwe szczęście mają natomiast mieszkańcy okręgu rybnickiego (nr 29 do senatu, a 30 do sejmu; obejmuje powiaty: mikołowski, raciborski, rybnicki, wodzisławski oraz miasta na prawach powiatu: Jastrzębie-Zdrój, Rybnik, Żory). Im trafił się zestaw kandydatów, którego w Katowicach mogą im tylko zazdrościć. Do sejmu jest tam „jedynka” z UPR (w Katowicach na pierwszym miescu jest koleś Prawice Rzeczypospolitej, dopiero na drugim Brzezina z UPR) — Czesław Starosta. Dlatego w tym okręgu można z czystym sumieniem głosować na tę listę, bo nie ma żadnych szans, żeby weszła z niej więcej niż jedna osoba, a raczej na pewno będzie to „jedynka”. Więc nie ma raczej szans, żeby dzięki głosowi na UPR wszedł do sejmu jakiś pajac z LPR lub PR. W Katowicach jest takie ryzyko, ale też Brzezina ma szansę przeskoczyć Spyrę z PR, bo oni nie mają praktycznie żadnego własnego elektoratu.

Tak czy inaczej dalej na miejscu 8. jest znana i lubiana Alicja Langer — tak na prawdę to teraz już Otlinger, ale nie będziemy w tym miejscu zajmować się tą sprawą.

No i wielki finał — kandydat do senatu:
dobromirsosnierz.upr.com.pl
W sondażu GW dali mu nawet 10%. :]

To wszystko jednak tylko w Rybniku. W Katowicach nie ma nikogo do senatu wartego polecenia.

12 czerwca AD 2007

Dzień 7. Tylko taki błyskawiczny wpis z Rygi. Wszyscy znowu żyjemy, zgodnie z wcześniejszymi założeniami. A w miedzyczasie Joka podobno już sama chodzi bez trzymanki. Pozdrowienia dla niej ! A my zaraz spadamy w kierunki Litwy.

10 czerwca AD 2007


Dzień 4. Ten dzień do głównie 11-godzinny rejs po Bałtyku: ze Sztokholmu, przez Alandy do Turku w Finlandii. Z braku czasu na głębokie wynurzenia powiem tylko, że wart jest każdego z dziewięciu i pół euro na osobę, który na niego wydaliśmy.

O stopniu wyrozumiałości Finów dla autostopowiczów nie zdążyliśmy się jeszcze przekonać, bo nasi gospodarze odebrali nas prosto z przystani. ;)


P.S. Los dalszych aktualizacyj jest wysoce niepewny.

9 czerwca AD 2007


Dzień 3. Nie żyjemy, ale zwiedzamy dalej. Dokładamy starań, żeby 1-dniowy wydatek na bilet na sztokholmską komunikację uczynić opłacalną inwestycją. Poza tym pozdrawiamy Agatę i Michała: dzięki za wszystko, chopy !

8 czerwca AD 2007


Dzień 2. W większości ciągle jeszcze żyjemy. 2/3 To przygniatająca większość. Szwecja byłaby bardzo fajna, gdyby nie ci wszyscy bucowaci Szwedzi, którzy nie mają żadnego zrozumienia dla instytucji autostopu. Na 4 samochody, które w końu nas podwoziły tylko jeden zawierał oryginalnego Szweda. W pozostałych przypadkach byli to - w kolejności - dwaj Murzyni, Albańczycy z Kosowa i Grek. Policji nie liczę, chociaż byli bardzo mili.

Informacja dla KG: jednorazówki dają za darmo całymi garściami i w ogóle się nie rwą. A w McDonaldzie jest połowę taniej niż w Irlandii. Przynajmniej lokalnie. Żałuj, dzioucha, żałuj !

7 czerwca AD 2007


Dzień 1. Jeszcze żyjemy. Wpadliśmy wczoraj w łapy policji, ale puścili nas z braku dowodów. Więc naprawdę nie ma się o co martwić. Zaczepiliśmy się w Tumbie i zaraz spadamy do Sztokholmu. Bożego Ciała brak. :(

6 czerwca AD 2007

6 - 14 czerwca: brak Dzików w Polsce. Tylko Joka zostaje przypilnować rodzinnych interesów. Reszta spada na pełną niebezpieczeństw wyprawę wokół Bałtyku, więc jest szansa, że to już ostatni wpis na tej stronie. Szczegóły po powrocie, chyba że - wiadomo - nie będzie nam się chciało.

3 czerwca AD 2007

A Agnieszka - z tą jest gorzej -
Blada, kaszle, spać nie może.
W płucach złych bakteryj plemię
Roznieciło zapalenie.
Przez to więc w szpitalu leży -
Któż odwiedzić ją pobieży
Na ulicy Raciborskiej,
A nie jakiejś, dajmy na to, np. Opolskiej ?
Kto bakteryj się nie lęka,
Niech go wiedzie Boska ręka,
Niech swe gnaty w kupę zbierze,
Niech utwierdzi Agę w wierze.
Bo z gruźliki położona
Wyjdzie zdrowa albo skona...

3 czerwca AD 2007

Dzisiaj:
* - 11:30 "Marsz do kapitalizmu" przed Silesia City Center. Kto nie idzie, ten kiep.
* - 20:50 Młodzież Kontra na TVP3 z gościnnym udziałem Dzika.

2 czerwca AD 2007

Ponieważ różne chodzą słuchy, wyjaśniam, że jak ktoś nie widzi od lutego żadnych nowych wpisów, to najwidoczniej ma jakiś stary internet i musi sobie ściągnąć nową wersję (bodaj 2.4.3.24.m90.4.18.2.5.22.8a.beta) z www.gołebaby.pl. Wpisy są oczywiście regularne i obfite, a samo podejrzewanie mnie, że od kilku miesięcy mógłbym nie napisać ani linijki, jest zwyczajnie niegrzeczne. Naprawdę myślałem, że lepiej mnie znacie. ;p

Jeszcze jedna kwestia techniczno-organizacyjna: pod naciskiem licznych (3 szt.) protestów będę już pisał daty, i to począwszy od wczoraj, w ogólnie przyjętej konwencji, mimo że nie przestaje budzić moich wątpliwości użycie ni z tego ni z owego nazwy miesiąca w dopełniaczu. Osobiście wolę wierzyć, że w roku 31 marców i 28 lutych - i zwyczajnie podajemy w mianowniku, że jest dziś np. 21. z nich. Ale skoro wszystkich ma to razić i mają myśleć, że robię błędy z niewiedzy, a nie z głęboko przemyślanego sprzeciwu - to niech będzie, że ustąpię. W zamian oczekuję od reszty społeczeństwa, że przestanie wymawiać CV, jako [si wi], jakby to był, u licha, jakiś angielski skrót.

 Niewtajemniczonym zdradzę, że to z łaciny (curriculum vitae = bieg życia) i jak ktoś wie jak, może to sobie literować po ichniemu (tu nie pomogę), ale chyba zupełnie wystarczy jak powie po polsku [ce fał]. Natomiast nie sposób wskazać ani jednego powodu, żeby w ramach polskojęzycznej wypowiedzi łaciński skrótowiec wymawiać po angielsku. Słyszałem, że dla tych, którzy to uporczywie robią, jest w piekle specjalny zatłoczony segment i ciągle muszą go powiększać...

1 czerwca AD 2007

Joka ma rocka !*

Ileż finezyjnych słownych sztuczek w tym jednym krótkim tytule - napomykam o tym, niby od niechcenia, żeby zwrócić uwagę tych, którzy nie zauważyli. Ale do rzeczy. Jak to zwykle, kiedy dziecko wykona swój pierwszy pełny obrót wokół Słońca, robi się wokół tego dużo szumu, ludzie wysyłają gratulacje, przychodzą sprawdzić, czy leci z nami dalej i takie tam różne ceregiele. Że niby to ważne, jak się znowu jest w tym samym miejscu, czy coś - nie wiadomo za bardzo, o co w tym chodzi, ale na pewno wypada wtedy coś powiedzieć takiego podsumowującego, kiedy się jest rodzicem i prowadzi taką stronę. Podobno wypada też przestać nazywać jubilata obmierzłym intruzem, ale to muszę jeszcze gdzieś sprawdzić.

  A bardzo długie to podsumowanie nie będzie. Zwłaszcza, że temat jest już tutaj mocno wyeksploatowany a nowych treści niewiele (sam nie wiem, czemu tyle o tym piszę, pewnie to przez wysoką koniunkturę na takie bzdury). Joka bowiem spędziła (a może raczej "przeczekała") ten rok głównie tonąc w egzystalncjalnej nudzie, nie stroniąc przy tym od komentowania tego stanu rzeczy w powszechnie zrozumiałym dialekcie niezadowolenia. Dopiero coraz sprawniejsze użycie własnych kończyn do kręcenia się po okolicy (z zastosowaniem rozmaitych technik, z wyłączeniem jednak samodzielnie-dwunożnej) otworzyło wiele nowych możliwości spędzania czasu i pozwoliło zrezygnować z nadużywania dotychczasowych sportów ekstremalnych (jak usiłowanie dokonania spektakularnego upadku z różnych mebli na głowę albo prowokowanie zamachów na własne życie wyzywającym zachowaniem, gwałceniem domowego miru i zasad współżycia międzyludzkiego), uprawianych dla urozmaicenia nadmiaru czasu pomiędzy zjawiającymi się znienacka posiłkami. Obecnie od jakiegoś miesiąca, może dwóch, Joka weszła w bardziej przyjazne dla środowiska stadium beta, w którym zaczyna ujawniać cechy ludzkie inne niż złośliwość. Wprawdzie wśród najprzedniejszych rozrywek nadal przoduje destrukcja i zniszczenie, ale pojawiły się też pewne elementy kontemplacyjne**.  Co ciekawe, jak już tak chodzi, czy to sama, czy z kimś, to wyraźnie zwiewa ją w kierunku wyjścia, gdzie siada i tęsknie wpatruje się w drzwi. Zdaje się, że młoda zaczyna już przeczuwać, że nie wylosowało jej się najlepsze z możliwych miejsc.

A poza tym jest zdrowa, nic nie mówi (chociaż jest to wyjątkowo głośne milczenie), ma 4 zęby, a Mili jeden wypadł.

* - Maroko: kraj w północnej Afryce (446 550 km²), w którym jest taki biały dom, a niektórzy ludzie mają internet (czasem nawet ten najnowszy).

** - Kontemplacja niekoniecznie się wiąże z robieniem kupy, jak niektórzy zapewne pomyśleli na podstawie własnych doświadczeń w tej dziedzinie.

 

P.S. Kolory na zdjęciu są w porządku. Jak coś nie teges, musisz sobie podregulować monitor. Nie wahaj się użyć śrubokręta.

P.P.S. Jeśli ktoś zamierza zapytać, jak tam idzie praca, może od razu sam się udusić. Czym zaoszczędzi mi wielu kłopotów.

17 luty AD 2007

DZIK DALEJ W SZPITALU :-(

Prawdopodobnie już jutro wychodzi, więc jeśli ktoś nie zdążył go jeszcze odwiedzić, to pewnie już przepadło, a Dzik jest bardzo pamiętliwy:-) Znając go, to na pewno zrobi listę osób, które go nie odwiedziły i będzie się nad nimi pastwił. Np.: Mariusz O. to przewidział i go odwiedził, a Kielesze to nawet ze dwa razy, Kasia przyszła ze swoim nowym chłopakiem, a Basia to nawet z Anglii przyjechała go odwiedzić ( a tak na serio to przyjechała do Milki na urodziny, tylko nie mówcie Dobkowi, bo będzie mu przykro :-P ). Dla mnie chyba też będzie miły, chyba że zobaczy rybki.... W sumie chyba tylko jedna padła, ale i tak na pewno coś będzie źle.

Dziewczyny chyba się już przyzwyczaiły, że Dobka nie ma :-(  -  Milka już nie przytula jego skarpet, chociaż nie całkiem, bo jak na nią nakrzyczałam, to płakała: Chcę do taty!!! Natomiast Joka go nie posłuchała i nie dorosła - ale się Dobrek wkurzy.

Na zdjęciu ma robione płukanie, pielęgniarka pozwoliła mi być przy tym - obrzydlistwo! W jedną dziurkę wstrzykuje się sól fizjologiczną    (to nie taka kuchenna tylko taka w płynie), a z drugiej strony się to odsysa. Ohyda, mówię wam.

W sumie dużo się działo, ale to zostawiam Dobkowi do opisania - nikt nie opisze tego lepiej niż On :-P

13 luty AD 2007

Dzik leży w Szpitalu w Ochojcu już od czwartku - ma chore zatoki, miał juz robione dwie punkcje, ale nie pytajcie o szczegóły. Oczywiście my wszyscy bardzo za nim tęsknimy ;-), zwłaszcza Milenka, tęskni za tatusiem, płacze i takie tam różne np.: przytulanie skarpet. Oddała mu nawet swoję ulubione Kinder Bueno - z tym to już przesadziła, ale niech jej będzie :-)

Jeszcze nie wiemy, kiedy Dzik zawita do domu, mam nadzieję, że nie prędko ;-). Boję sie o swoje życie, ponieważ chyba Dobuś miał proroczy sen - wszystkie rybki w akwarium pływały martwe. Jeszcze całkiem nie są martwe, ale dużo im nie brakuje :-)

Notkę pisała Dzikowa, może nie tak fajnie jak Dobrek, ale miejmy nadzieję, że szybko wróci i coś superowego napisze.

Pozdrowienia dla wszystkich :-) Asia

4 styczeń AD 2007

Dla zainteresowanych: udostępniam zdjęcia z Sylwestra. Ze względu na kłopoty z FTPem wystawiam dwiema metodami: przez mIRCa i na torrencie. Rozmiar 26 MB. Na mIRCu dodatkowo dokładam mniejszą paczkę (11 MB) z wybranymi zdjęciami od Dydzia, pomniejszonymi do 1024/768 (ci którzy chcą zobaczyć wszystkie i w pełnej rozdzielczości 2272/1704, pakują się na stronę http://entertainment.webshots.com/album/556750052qVUvOa, gdzie jednak trzeba się niestety ale zalogować, żeby pościągać).

Torrenta ściąga się z powyższego łącza i otwiera się w jakimś kliencie tej sieci (polecam malusieńkiego µTorrenta) i już potem samo leci. Natomiast mIRCa najlepiej ściągnąć w odpowiednio spreparowanej wersji (1 MB), która po rozpakowaniu i uruchomieniu (mirc.exe) automatycznie wchodzi na Dzikowy kanał #KupaBlada. Dalsze postępowanie podaję w dwóch wersjach:

Dla facetów: należy wejść na serwer plików poprzez podanie na kanale komendy wywoływacza (trigger), którą serwer wyświetla w tekstowych prezentacjach, pokazujących się po komendzie !list. Obecnie jest tam tylko jeden na chodzie, więc i tak nie ma wyboru, ale generalnie bieżące sprawy są zawsze w serwerze tymczas. Otwiera się nowe okno połączenia z serwerem, gdzie na dzień dobry wyświetlana jest pomoc z krótkim i pięknie napisanym (wiadomo przez kogo) wyjaśnieniem wszystkich komend. Dir i get wystarczą na początek. Zdjęcia są w dwóch archiwach RARa.

Dla kobiet: w oknie kanału wpisać /ctcp Dziku tymczas. Otworzy się nowe okno, w którym z kolei trzeba wpisać get 2006-2007 Dziki.rar (ewentualnie get 2006-2007 Dydzio.rar). Za nic w świecie nie starać się zrozumieć, co się robi !

W razie trudności w przyswojeniu tych arcytrudnych informatycznych wskazówek, należy napisać do mnie i ja to wyślę ręcznie. Pliki domyślnie lądują w folderze mIRCa w podkatalogu Downloads (można to zmienić w opcjach). Obsługiwane są wznowienia pobierania. Przed obejrzeniem warto to rozpakować. :>

Jeśli udostępnianie nie działa, to pewnie mam wyłączony komputer (to się zdarza każdemu).

31 grudzień AD 2006

Zupka noworoczna 1 stycznia AD 2007 od 19:00. Wszyscy mili ludzie są zaproszeni, ale prosimy o zapowiedzenie się możliwie wcześniej. Inna sprawa, że w na skutek zaniedbania organizatorów, powstało - niewielkie wprawdzie - ryzyko niedoboru samych zupek, więc posiadacze własnych zapasów mają szansę wspomóc organizatorów na odcinku zaopatrzenia.

Stare informacje